niedziela, 30 października 2011

Trzeba sobie radzić ;)

Zacznę może od odpowiedzi na prośbę Kasi o podzielenie się historią rękodzielniczych początków. Pozwolę sobie zacytować mój wcześniejszy wpis:
"Od najmłodszych lat zawsze miałam łapki czymś zajęte. Na szczęście dla moich rodziców preferowałam raczej papier niż ściany. Gdzieś na początku podstawówki szyłam ubranka dla pluszowego konika i królika (nigdy nie przepadałam za lalkami). Haftem jednak zainteresowałam się zdecydowanie później, bo zaledwie jakieś 4 lata temu (początek gimnazjum).". Tak więc u mnie to przyszło jakoś tak naturalnie. Zawsze interesowała mnie wszelaka twórczość. Właściwie ciężko mi powiedzieć dlaczego to akurat rękodzieło, a głównie haft, podbiło moje serce. Niektore rzeczy po prostu wynikają i tak chyba właśnie miało być :).

A teraz sprawy bieżące. W oczekiwaniu na mulinki do jesiennej madame, zaczęłam nowy projekt. I znowu pory roku. Coś ostatnio ten motyw całkiem zdominował moje hafty. Tak powinien się prezentować gotowy haft:
A to moje dotychczasowe postępy:
Zaczęłam tradycyjnie od jesieni. Przy okazji możecie podziwiać efekt tryumfu mojej myśli technicznej ;). Ostatnio zaczęłam więcej wyszywać na tamborku, więc krosno chwilowo poszło w odstawkę. Z tym, że trochę niewygodnie trzymać tamborek w ręce. Z pomocą kilku klipsów i gumek do włosów i na to znalazła się rada. Mam teraz całkiem wygodny stojak :)

czwartek, 27 października 2011

Powycieczkowo

Dzisiaj siedzę sobie w domu powycieczkowo, więc mam czas trochę poukładać swoje hafciarskie sprawy. Postaram się dzisiaj rozplanować pierwszą SALową Madame, ale na razie garść wrażeń z wycieczki :)

Nie była to jakaś wielka wyprawa, tylko jednodniowa wycieczka szkolna do Warszawy. Za to z mojego ulubionego rodzaju, bo był to wyjazd m. in. do teatru. Teatr uwielbiam pod każdą postacią, ale musicale lubię szczególnie. Nic więc dziwnego, że oczy zaświeciły mi się na samą wieść o planowanym wyjeździe do Romy na "Les Miserables" (tak do końca planowane to było, wcześniej w programie była jakaś sztuka z Małaszyńskim, przyjęta entuzjastycznymi piskami większości moich koleżanek ech... ale na szczęście zabrakło biletów :) a po subtelnych sugestiach moich i mojej koleżanki stanęło na "Nędznikach"). Wrażenia świetne, szczególne, że miałam szczęście trafić na Łukasza Dziedzica w roli Javerta. Uwielbiam jego głos od kiedy usłyszałam go w roli Krolocka w "Tańcu wampirów". A moje koleżanki też były zadowolone, bo chociaż nie było Małaszyńskiego to był Zagrobelny, który zresztą nie wiedzieć dlaczego dostał największe brawa. Żeby jeszcze nie tan ból głowy... Niestety tak u mnie objawia się choroba lokomocyjna. Oczywiście musiałam zabrać sobie kawałek musicalu do domu :) Do tej pory strasznie żałuję, że nie kupiłam płyty z "Upiora w Operze", kiedy miałam okazję.
Na zjęciu jest też bilet z Muzeum Powstania Warszawskiego, które odwiedziliśmy przed teatrem.

A dzisiaj strasznie niewyspana, bo po powrocie do domu ok. 2 w nocy musiałam się dziś zwlec na 8 do szkoły, żeby wydrukować pracę badawczą i pozałatwiać ostatnie formalności. Ale mam powód do świętowania. W pierwszym (szkolnym) etapie moja nauczycielka oceniła ją na 50 pkt na 50 możliwych :D

A żeby nie było, że zbaczam z tematu, bo to w końcu głównie blog robótkowy moje postępy w hafcie:
Miłego dnia Wam wszystkim :)

poniedziałek, 24 października 2011

SAL po raz pierwszy

Tak się jakoś złożylo, że zapisałam się na SAL... No dobrze, nie złożyło się, tylko po prostu zakochalam się w tych wzorach.
Co prawda jeszcze nie dostałam informacji zwrotnej od organizatorek, ale mam nadzieję, że nie będą miały mi za złe, że już się chwalę :)
Umyśliłam sobie, że wyhaftuję moje Madame na tym ręcznie tkanym szarym płótnie, o którym kiedyś wspominałam. Nie mogę się już doczekać!

Zapisałam się też na CANDY do Bulmy. Bo jak można przejść obojętnie obok takiego cudeńka:
Zdjęcie pochodzi z  jej bloga, mam nadzieję, że się nie pogniewa. Ku mojej radości powiększyła też "szeregi", a raczej garstkę moich obserwatorów. Dziękuję :) Zajrzyjcie do niej koniecznie. To co wychodzi spod jej palców to magia.

piątek, 21 października 2011

Ten cudowny piątkowowieczorny jesienny stan...

Nareszcie nadszedł! Tylko usiąść przy lampce, wyciągnąć kanwę, mulinę i haftować popijając herbatę.
A najlepiej taką nalewaną z ładnego czajniczka. O takiego na przykład:
Od jakiegoś czasu taki za mną "chodził", ale dopiero niedawno udało mi się go znaleźć. Miał być z podgrzewaczem, ale nie wiadomo dlaczego ostatnio imbryki zostały zdominowanie przez pawie... Ale i na to jest rada. Podgrzewacz jest w drodze :)

Rozgadałam się o herbacie, a tu miało być o czym innym. Znowu kilka moich (po)tworów. Ot na przykład taka karteczka na urodziny przyjaciela:
Jubilat jest wielkim fanem Japonii i chciałam wlaśnie w takim oszczędnym japońskim stylu kolorystyce ją utrzymać. Chyba się udało.

Jako, że dostałam drobne honorarium za moje pory roku ;), mogłam sobie pozwolić na małe zakupy. I tak przybyło mi metr białej kanwy, trochę nowych igieł (tych, jak wie każda hafciarka, nigdy za wiele), zainwestowałam też w swoj rozwój. Czas na nowe techniki. Stałam się dumną posiadaczką krosienka do koralików i pięciu (piątego nie ma na zdjęciu, gdzieś już zdążyłam je zapodziać) czółenek do frywolitek. Od dawna chcialam spróbować obu tych technik. 

Co prawda podejmowałam próby "frywolitkowania, ale ku mojej rozpaczy bezskuteczne :( Aż do niedawna! Udało mi się, wreszcie znaleźć to miejsce, w którym robiłam błąd. Później nie mogłam się nadziwić, że to takie proste. W tym miejscu chwalę się moim "dziełem". Ciężko to nawet czymkolwiek nazwać, taka wprawka na początek, ale za to pierwsza, która jednak mogłaby już do miana "czegoś" pretendować. Tadam!
Tak, wiem. Niezbyt imponujące, ale i tak jestem z siebie dumna.

A co robi się teraz? A teraz robi się koty. Tak, znowu koty :) Właściwie miałam je skończyć w tamtym roku, ale że to ozdoby świąteczne, to się nie wyrobiłam i się lekko przeterminowały. Tak, więc w tym roku nauczona doświadczeniem zaczęłam wcześniej. Tyle już mam:
Jak dalej będą mi iść w takim tempie to może będę mogła nimi ozdobić dom na święta za jakieś pięć lat. Wzór pochodzi z "Haftów polskich" i haftowany jest oczywiście na plastikowj kanwie.

Idę dalej rozkoszować się słodkim piątkowym lenistwem, a wam wszystkim życzę tego samego :)

czwartek, 20 października 2011

Wakacyjne zaległości

Chyba muszę się pogodzić z tym, że ten blog będzie prowadzony w raczej chaotyczny sposób. Ale dziś czas nadrobić chociaż część zaległości :)
Na początek pory roku, które wiszą sobie zadowolone w kuchni już od lipca:



Lato
Jesień

W końcu prezentuję też drugiego kota, który już oprawiony stoi obok swojego kolegi w moim pokoju (jak będę miała czas to pokażę):


Została mi jeszcze jedna praca z lipca - prezent urodzinowy dla koleżanki. Znowu kot - no co ja poradzę, że je lubię? :)
Prezentem jest tylko zakładka. Książka jest z mojej własnej biblioteczki i to jej debiut w roli modelki. Wykończenie brzegów może nie nadzwyczajne, ale robiłam to pierwszy raz. Ważne, że się podobało. 

W międzyczasie udało mi się popelnić jeszcze ze dwie prace, ale to później.

To tyle na dzisiaj. Trzeba iść do szkoły pisać sprawdzian z rosyjskiego. A! I dobre dusze - trzymajcie kciuki za moją pracę badawczą na Olimpiadę Biologiczną. Już czas wysyłać.

sobota, 8 października 2011

Pożegnanie...

Dawno mnie nie było. Wakacje, początek szkoły, pisanie pracy badawczej na olimpiadę... miałam mnóstwo na głowie, ale mam zamiar to nadrobić w najbliższym czasie. To nie z Wami chcę się żegnać.
Wczoraj straciłam przyjaciółkę, z którą przeżyłam 8 lat w jednym pokoju, dorastałyśmy razem, zestarzała się przy mnie. Żegnaj Lusiu... Mam nadzieję, że jesteś szczęśliwa gdzieś za tęczowym mostem. Będę o Tobie pamiętać.