niedziela, 29 maja 2011

Kolejny kot i coś jeszcze

Jakiś czas temu wspominałam o tkaninie z kotem, wykonywanej na kółku plastycznym. Na ostatnich zajęciach wreszcie ją ukończyłam. Zamieszczam zdjęcie, ale z zastrzeżeniem - proszę się nie śmiać! To moja pierwsza tkana praca. Rezultat ma niewiele wspólnego z projektem. Brzegi mi się rozlazły (obawiałam się, że za mocno ściągam i w końcu przesadziłam), trudno dostrzec co ma to przedstawiać, a więc wyjaśniam: w zamierzeniu jest to nieokreślonej maści kot leżący na konarze drzewa na tle księżyca, te zielone ciapki na dole to las.
Jest i coś jeszcze, wczoraj przeszukiwałam szafki w poszukiwaniu odpowiedniego notesu i okazało się, że takiego nie posiadam. Co mi pozostało? Zrobiłam go sama. Znowu przydały się szczątki starej torby.
Przy okazji fotka z pokazywanymi już zawieszkami. Prawda, że pięknie się razem prezentują?
A jakie jest przeznaczenie notesu? To już moja tejemnica. Powiem tylko, że nie mniej twórcze...

niedziela, 22 maja 2011

The black cat

Tak, w końcu skończony i mogę go zaprezentować w całej okazałości. Może nie jest to jakiś wielki i zapierający dech w piersiach haft, ale za to bardzo sympatyczny.
Jeszcze przed upraniem i oprawieniem. Na zdjęciach cały czas wychodzi jakiś blady. Tak naprawdę kolory są bardziej intensywne. A ja już zabieram się za wyhaftowanie mu kolegi, tym razem do towarzystwa będzie miał motyle :)

sobota, 21 maja 2011

Porządki

Ufff... Właśnie skończyłam robić porządki w mulinach. Nie spodziewałam się, że przesiedzę nad tym cały dzień. Postanowiłam wypróbować wreszcie chyba najpowszechniejszy sposob przechowywania - czyli nawinięte na sortery.
Na dzisiaj koniec. A jutro postaram się zaprezentować ukończonego kotka :)

środa, 18 maja 2011

Zakupy i serce z recyklingu

Nadal w biegu. Dostałam dziś paczkę z książką o hafcie, więc postanowiłam znaleźć chwilę, żeby się pochwalić ;) Dokładam też zakup przedostatni, który również nie załapał się na stosik robotkowy.
A tak to wygląda od środka:
Kolejna rzecz odkładana na wakacje...
Ale coś tam jednak udaje mi się zrobić w międzyczasie. Dzisiaj na kole plastycznym skończyłam "gobelin" z kotem (czy czymś w tym rodzaju). Na następnych zajęciach dorobię jeszcze tylko łańcuszek i zabieram moje "dzieło" do domu. Więc myślę, że za tydzień wstawię zdjęcia.
A weekend naszła mnie ochota na recykling - starej torby i spódnicy. Powstały takie drobiazgi (zdjęcia z obu stron):


W tle widać też postępy z wzornikiem. Kota na razie nie pokazuję. Wrzucę zdjęcia, jak już będzie gotowy.
Biorąc pod uwage właśnie skończony artykuł do szkolnej gazetki, to był całkiem owocny dzień. A przede mną jeszcze powtórzenie do jutrzejszego sprawdzianu z biologii... Idealnie byłoby, gdyby doba była dłuższa o jakieś 5 godzin. Ale nie ma co narzekać. Jak się nie ma co się lubi... itd. Idę już i postaram się wykorzystać każdą minute dzisiejszego wieczoru. :)

poniedziałek, 16 maja 2011

O hafcie trochę inaczej...

Ufff... trzygodzinna nauka biologii ze znajomymi to zabójstwo. Powoli wraca mi zdolność myślenia. Między innymi za sprawą krzyżyków ;) Naprawdę to świetny sposób żeby dać odpocząć szarym komórkom. Mnie haft zawsze relaksował. Może dla niektórych jest to jednostajne i nużące zajęcie, ale mi to odpowiada. Można calkiem wyłączyć umysł i skupić się na powtarzanej mechanicznie czynności. W dodatku oprócz spokoju ducha ma się satysfakcję patrząc na wyrób własnych rąk. Ukończona robótka to zawsze coś namacalnego, nie ma wątpliwośći, że wykonaliśmy pracę zakończoną sukcesem. A praca umysłowa jest... o wiele bardziej frustrująca. Nigdy nie nauczysz się wszystkiego, zawsze można zrobić coś lepiej, naprawdę ciężko być zadowolonym ze swoich wyników. Z drugiej strony nie wyobrażam sobie siebie 100 lat temu, siedzącej cicho w kąciku i haftującej wyprawę. Po prostu w moim wypadku te dwie dziedziny znakomicie się uzupełniają i równoważą. Nie byłabym w pełni szczęśliwa, gdyby ktoś zabrał mi jedną z nich. Jej, ależ się zrobiło filozoficzno - psychologicznie. Wracam na ziemię ;) I takim oto sposobem kotek jest na ukończeniu. Brakuje jedynie ramki wokół haftu. W następnym poście mam nadzieję już umieścić zdjęcie gotowej pracy, więc daruję sobie wstawianie jakościowego koszmaru z kamery internetowej.

sobota, 14 maja 2011

Dzikie koty

 Mój największy jak dotąd haft i pierwszy na czrnej kanwie.Tu w trakcie pracy:
A tu gotowy:
Pracę ukończyłam w lutym tego roku. Teraz na zmianę haftuję kota i wzornik, kończę tkać kota (a raczej kotopodobną pokrakę) na kółku plastycznym i planuję kolejne robótki, na ktore oczywiście nie mam czasu, jednocześnie spoglądając tęsknie na pękające w szwach półki z książkami... A z przyjemności obowiązkowych uczę się do sprawdzianów z biologii i matematyki i zaczynam pracę badawczą na olimpiadę biologiczną. Jak widać nie mam czasu na nudę.

Dziękuję wszystkim, którzy tu zaglądają i komentują posty, dzięki wam nabieram ochoty do dalszego działania :)

środa, 11 maja 2011

Kartka ekspresówka

 Maj to wśród moich znajomych miesiąc wybitnie urodzinowy. W liceum niestety wybitnie pracowity. Ciężko znaleźć chwilę czasu, kiedy na następny dzień trzeba nauczyć się do testu z chemii, kartkowki z biologii i dodatkowo liczyć się z odpytywaniem na wszystkich innych lekcjach. Tak więc kartka dla mojej koleżanki z klasy, która dziś kończy 17 lat, powstałam w iście ekspresowym tempie. Kiedy uporałam już się z cyklami rozwojowymi tasiemców i przywr (same przyjemności, prawda?) zegar wskazywał 23.30. Szybko wzięłam się za poszukiwanie materiałów. I tak powstała kartka  z półproduktów. Otwierana kartka z owalnym passe-partout (zakupiona z myślą o kartkach haftowanych), kilka okładek ze starych zeszytów, pocztówka, filcowy kwiatek niewiadomego pochodzenia, parę guzików i koralików.

Postanowiłam też ozdobić jakoś dołączoną do kartki kopertę. W pudełku znalazło się parę żurawi origami, które kiedyś produkowałam masowo i już za chwilę klucz ptaków przefrunął na kopertę.

Na zakończenie wkleiłam jeszcze obrazek do środka. Rzut oka na zegarek - dochodzi północ. Jeszcze tylko kilka zdjęć (nie miałam niestety możliwości zrobienia ich aparatem, a dziś kartka jest już u jubilatki) i można iść spać.
Zdjęcia są robione tuż po połączeniu elementów, więc w niektórych miejscach widać jeszcze kleksy niezaschniętego kleju. Po wyschnięciu jest przezroczysty, więc kartka wygląda lepiej.
Ech... czas wracać do książek i do geografii :( Byle do wakacji...

poniedziałek, 9 maja 2011

Haft ukraiński

Na zdjęciach prezentuję to, czym zajmowałam się przez ostatnie wakacje. Prace powstały "na zamówienie" mamy, która potrzebowała bieżnika i serwetek do kuchni. Przy pracy nad bieżnikiem korzystałam z albumu, o którym już mówiłam, a wzór na serwetki pochodzi z internetu. Z tego, co pamiętam z tej strony. Nieprzypadkowo umieściłam na nich akurat takie hafty. Jest to wyrazem narodowości i kultury, z którą się utożsamiam. Tak naprawdę w moich okolicach Polaków z dziada pradziada jest jak na lekarstwo. Po prostu nie każdy do swojej przynależnośći do mniejszości się przyznaje. Całkiem jakby to był powód do wstydu, a nie do dumy...
 

Dla zainteresowanych:

niedziela, 8 maja 2011

Stosik robótkowy

Chwalę się i odciągam moment spotkania ze znienawidzoną geografią najbardziej jak się da. Moja robótkowa biblioteczka. Może nie jest specjalnie imponująca, ale mam do niej sentyment, bo wiele z tych książek należy jeszcze do mojej mamy, kiedy była w moim wieku. I tak od góry:
"Igłą malowane" Jadwiga Turska (po mamie)
"Nastolatki robią ozdoby i upominki" Krystyna Kwasucka (upolowana na allegro)
"Nastolatki szyją" Ewa Suszyńska (mama)
"Koronka frywolitkowa" Hana Horakowa (allegro)
"Szyję dla siebie i rodziny" Halina Cyrankiewicz
"Piękne hafty" Via Laurie (empik)
"Haft krzyżykowy dla początkujących" Donna Kooler (prezent od mamy - stąd uczyłam się haftować)
Piękny album z czasów ZSRR, mnóstwo tradycyjnych wzorów haftów, opisów i zdjęć. Zdecydowanie najcenniejsza książka robótkowa jaką mam.
"Hafty naszej mamy" Halina Kowalczyk (po mamie)

A tu prezentacja okładek ("Piękne hafty" zaplątały mi się dwa razy). Jeśli chodzi o koronkę frywolitkową to na razie wszystkie moje próby kończą się fiaskiem. Spróbuję jeszcze to rozgryźć na wakacjach jak będę miała więcej czasu.

Jeszcze kilka zdjęć z wnętrza albumu. Od najmłodszych lat wykazywałam nim żywe zainteresowanie, co niestety odbiło się pięknym gryzmołem na jednej ze stron (na szczęście pustej), ale do glowy by mi nie przyszło, że kiedyś będzie mi tak pomocny.

sobota, 7 maja 2011

Postępy i nieuchronne porządki

 Na początek zapowiadane postępy, a więc haft z kotkiem. Jak widać w doniczkach zakwitły już kwiaty. Nie wiem kiedy uda mi się skończyć ten haft, bo na razie jestem zakopana po uszy w książkach i wcale się z tego nie cieszę. Niestety tymi książkami są szkolne podręczniki. Ale kiedy już będzie gotowy, wrzucę porządne zdjęcie.

Nadal pracuję nad tym haftem, a tu wzięłam się znowu za coś nowego. Z tym że to bardziej da się podciągnąć pod wspomniane porządki. Większość wzorów ma kolory rozpisane na mulinę DMC i tu pojawia się problem. Co prawda w sieci dostępnych jest mnóstwo programów czy też tabeli z zamiennikami, ale efekt najczęściej nie jest zadowalający. Najlepiej więc dobierać kolory samodzielnie "na oko". Tylko najpierw trzeba mieć te kolory przed nosem. Kiedyś zaczęłam
 zbierać próbki nitek w brulionie z numerami nici, ale kilka tygodni później wyszła nowa numeracja Ariadny. Musiałabym wszystko zaczynać na nowo, na co nie miałam ochoty. A dziś podjęłam kolejną próbę stworzenia wzornika, tym razem haftowanego. Ma to wyglądać mniej więcej tak:


Przy okazji chwalę się krosnem ;)



Na górze numer według nowej numeracji, na dole wedlug starej, a powyżej kilka ściegów muliną w danym kolorze. Trochę to pracochłonne, ale przynajmniej trwałe i wygodne w użyciu. Jeszcze nie wiem czy starczy mi cierpliwości, ale nie powinno być przy tym więcej pracy niż przy większym wzorze krzyżykowym. Tkanina została mi podarowana jako płótno lniane, ale na 100% jest w tym jakaś sztuczna domieszka, dlatego nie szkoda mi go wykorzystać do tego celu.

O porządkach ciąg dalszy. Muszę się zastanowić nad sposobem przechowywania muliny, bo dotychczasowe upychanie motków do pudełek kompletnie się nie sprawdza. Porozdzielam wszystko pięknie, te do przegródek, tu cieniowane itp., a i tak przy najbliższej robótce wszystko miesza się ze sobą i trzeba się przedzierać przez ten gąszcz w poszukiwaniu potrzebnego koloru. Tak to właśnie wygląda w tej chwili:

Przynajmniej mój autorski (nie znalazłam podobnego na żadnym blogu) sposób przechowywania muliny do aktualnie haftowanych prac sprawuje się bez zarzutu. Ale o tym napiszę później.

W tkaninach i wzorach mam względny porządek, więc tu się nie namęczę.

Moje tkaniny. Od góry: żółta kanwa (54/10cm), kremowa (45/10cm), czarna (54/10cm), biała (90/10cm) - świetnie się sprawdza przy haftowaniu serwetek i mój największy skarb - ręcznie wykonane od początku do końca płótno lniane (leżało w mojej rodzinie od lat i jakby specjalnie na mnie czekało). Na razie jeszcze nie zdecydowałam się go wykorzystać. To musi być coś naprawdę specjalnego. Czuję jakby pocięcie go było świętokradztwem.

A tu schematy przechowywane w najzwyklejszy sposób, czyli w wielkim zielonym segregatorze.

Współlokatorka

Chciałabym wam kogoś przedstawić. Kogoś, kto dzieli ze mną pokój już od 7 lat, ale i tak za każdym razem wywołuje uśmiech. Pozanajcie Lusię :)
Zawsze z uwagą śledzi wszystkie moje poczynania. Królicza arystokratka. Nie je byle trawy. Nie mówiąc o tym, żeby miała cokolwiek zjadać z trawnika. Trzeba jej wszystko podać pod nos do miski. Nikt nie potrafi się tak obrażać jak ona :) I nie wyobrażam już sobie swojego domu bez tego kłębka futerka.

piątek, 6 maja 2011

Misiowo


Kolejna seria obrazków z moich haftowych początków. Tym razem rodzinka misiów. Wzór pochodzi z któregoś numeru "Kramu z robótkami". Na początku miał być tylko jeden (a właściwie para), jako prezent ślubny dla koleżanki mamy. 
        Ale spodobało mi się i powstała cała      kolekcja. Tak więc wzór ślubny haftowałam dwa razy.

czwartek, 5 maja 2011

Stosik na poprawę humoru

Miałam już dziś nic nie pisać, ale przed chwilą do moich drzwi zapukał kurier z bardzo sympatyczną paczką. Wewnątrz oczywiście książki. Skorzystałam z przecen w Matrasie. Za całość czyli 7 książek razem z kosztami dostawy zapłaciłam jakieś 50 zł, więc choć raz nie wydałam w księgarni fortuny. Może i nie są to najnowsze tytuły, ale nie powiem, żeby mi to przeszkadzało. Ile są warte zobaczę po przeczytaniu. A oto i one:
(od góry)
  • "Paryż nigdy nie ma końca" Enrique Vila-Matas
  • "Niewidzialni" antologia opowiadań norweskich
  • "Różowy to kolor Persji" Vanna Vannuccini
  • "Dziewczynka o szklanych stopach" Ali Shaw

  • "Bogini" Gerhard Haase-Hindenberg
  • "Faktoria jedwabiu" Tash Aw
  • "Niezwykłe kobiety" Deborah Jaffe
Ostatnio zdecywonanie za dużo kupuję... Od dawna już nie byłam w bibliotece, bo chcę najpierw przeczytać te, które mam w domu. A ich zamiast ubywać, wciąż przybywa... Już nie mówiąc o kompletnym braku miejsca na półkach.

Czarny kot

Dzięki maturom mam teraz cały tydzień wolnego, a więc nareszcie czas żeby zająć się tym haftem, zaczętym parę miesięcy temu. Stan na dziś:

Jakość zdjęcia jest koszmarna (kamera internetowa), ale widać co trzeba. Musiałam się trochę nagimnastykować z dobieraniem kolorów. Schemat jest na mulinę DMC, na którą przy moim skromnym uczniowskim portfelu, nie mogę sobie pozwolić. Muszę się zadowolić plebejską Ariadną. Ale chyba nie wyszło tak źle. Zostało mi jeszcze dokończyć zasłonkę, kwiatki i wyszyć ramkę dookoła. Oryginalnie powinna być różowa, ale jakoś nie mam przekonania. Myślę, że jednak zdecyduję się na inny kolor.

Mały Książę

Trochę książkowo i haftowo na raz. Książką, która zajmuje szczególne miejsce w moim sercu jest "Mały Książę". Nieraz już pocieszał mnie w trudnych sytuacjach. Nie powinno więc nikogo dziwić, że jak tylko oswoiłam się trochę z igłą i muliną, zabrałam się za haftowanie obrazków na podstawie ilustracji do książki. Takie są tego efekty:

 Zdjęcia są przez szybkę więc jakość nie zawsze jest idealna. Cała seria wisi teraz na ścianie w moim pokoju (ale nie wiem czy długo jeszcze powisi, bo coraz bardziej rozpaczliwie potrzebuję miejsca na książki).

środa, 4 maja 2011

Początki nie zawsze są łatwe

Początek bloga, a więc wspomnę też o początkach mojej przygody z haftem. Od najmłodszych lat zawsze miałam łapki czymś zajęte. Na szczęście dla moich rodziców preferowałam raczej papier niż ściany. Gdzieś na początku podstawówki szyłam ubranka dla pluszowego konika i królika (nigdy nie przepadałam za lalkami). Haftem jednak zainteresowałam się zdecydowanie później, bo zaledwie jakieś 4 lata temu (początek gimnazjum). Nie bez wpływu na to był kompletny brak dostępności materiałów. Po usilnych poszukiwaniach udało mi się odnaleźć jedną jedyną w moim mieście pasmanterię, czyli pomieszczenie, w którym nawet nie da się swobodnie obrócić, gdzieś na tyłach biblioteki miejskiej. Można powiedzieć, że tak to się zaczęło i tak trwa z mniejszymi lub większymi przerwami do dziś.
A oto i moje pierwsze "dzieło":




Jak zwykle ambitnie rzuciłam się od razu na jakiś konkretny wzór, pogardliwym prychnięciem kwitując wszystkie kolorowe kwadraciki i miniaturowe kwiatki. Żeby było śmieszniej zaczęłam wyszywać na drobniutkiej kanwie. No i dostałam za swoje. Siedziałam nad tym haftem chyba z rok (z kilkumiesięcznymi przerwami). Nie znałam też wtedy cudownego wynalazku igly o stępionym końcu. To wszystko złożyło się na to, że nie raz miałam ochotę rzucić w kąt ten kawalek tkaniny, który wcale nie chce mnie słuchać. Tak się jednak nie stało, bo stworzenie ze mnie nie tylko ambitne, ale i zawzięte. A teraz, ta trudna z początku miłość, daje mi naprawdę wiele radości.

Katedra Marii Panny w Paryżu, czyli coś więcej niż plik kartek zszytych razem

Jak już wspomniałam, nie mam urazu do literatury. Książki towarzyszą mi odkąd pamiętam. Są różne. Niektóre służą wyłącznie rozrywce i takie (zazwyczaj) ulatują z pamięci bardzo szybko, ale są też takie, które mają w sobie coś więcej. Mają siłę. 
Właśnie jestem w trakcie lektury jednej z takich książek, a mianowicie "Katedry Marii Panny w Paryżu" Victora Hugo. Tak, tak, to właśnie ta o dzwonniku z Notre-Dame. Choć akurat Quasimodo nie jest tu najważniejszą postacią. Od początku to postać pięknej cyganki - Esmeraldy narzuca bieg całej fabule. A za nią krok w krok, jak złowieszczy cień podążą archidiakon Klaudiusz Frollo.
Po "Katedrę..." sięgnełam po obejrzeniu musicalu "Notre-Dame de Paris", w którym muszę przyznać z miejsca się zakochałam. Nawet "Upiór w operze" musiał usunąć się na dalszy plan. Jeśli ktoś chce poznać pełną historię, to książka jest obowiązkowa. Bo oczywiście treść w musicalu (i licznych ekranizacjach) została znacznie spłycona - w końcu nie sposób przenieść blisko 500 stronicowej powieści bez pominięcia żadnego wątku. Powieść jest rozbudowana i dopracowana. Podczas lektury wręcz ma się wrażenie, że podąża się za autorem plątaniną średniowiecznych paryskich uliczek. Pozwala całkowicie przenieść się nie tylko w przestrzeni, ale i w czasie. Coś, co bardzo cenię w literaturze.
Niektórych czytelników mogą zniechęcić dwa rozdziały, poświęcone w całości architekturze i historii katedry i Paryża. Nie są one istotne dla fabuły, mozna je więc spokojnie pominąć, ale radziłabym chociaż spróbować je przeczytać, bo pomagają nakreślić w wyobraźni całą scenerię, w której dzieje się historia.
Nie będę się rozpisywać o treści, żeby nie psuć nikomu zabawy. Wspomnę tylko o czymś, co absolutnie mnie zauroczylo, czyli o nazwach rozdziałów. Współcześnie rzadko nadaje się im jakiekolwiek tytuły, a tu można znaleźć takie cuda jak: "Na co naraża sie ten, kto w nocy wędruje ulicami w ślad za ładną dziewczyną", "O niebezpieczeństwie powierzania kozie tajemnicy", "Historia placka na rozczynie z kukurydzy", "O użyteczności okien wychodzących na rzekę" czy "Ile zdziałać może siedem przekleństw wymówionych na ulicy".
W trzecim rozdziale księgi czwartej można znaleźć zdanie doskonale oddające ducha powieści: "(...) dla tych, którzy wiedzą, że Quasimodo kiedyś istniał, katedra Marii Panny jest dzisiaj pusta, nieżywa, umarła. Czuje się, że coś stąd znikło. To ogromne ciało jest próżne, jest szkieletem, duch porzucił je, widać jeszcze jego miejsce i to wszystko. Jest jak czaszka, w której są jeszcze oczodoły, ale spojrzenia już nie ma."
Naprawdę polecam wszystkim tą z rozmachem napisaną opowieść o ludzkiej duszy, o jej pragnieniach, tęsknotach. Namiętności i okrucieństwie, które często idą w parze. Kto nie czytał, ten nie zna historii głuchego dzwonnika z katedry Marii Panny w Paryżu...

Aha! I jeszcze jedno - to nie jest recenzja i żadnej nie planuję. Po prostu moje luźne spostrzeżenia na temat. 

Coś się zaczyna...

Już od jakiegoś czasu nosiłam się z zamiarem założenia bloga. Problem miałam z określeniem o czym miałby być. Którą pasję wyróżnić? Haft? Książki? Poezję? Nie potrafię niczego oddzielić, bo wszystko to składa się na to, kim jestem. A więc będzie o tym wszystkim i o jeszcze kilku innych. Mam nadzieję, że starczy mi zapału. Witam wszystkich i zapraszam :)